2007-06-26 11:43:43 >> Wpis utrzymujący stronę przy życiu... Ciągle trwa proces kończenia "powieści" więc wstawiam tylko wpis kontrolny, w celu przetrwania tej strony. skomentuj (0) 2007-05-21 19:30:29 >> ....przerwa techniczna nadal.... i nadal techniczny wpis, mający na celu przetrwanie bloga. pzdr, N skomentuj (0) 2007-04-17 20:11:36 >> .......przedłużenie .... praca nad blogiem >>nekroneuron<< nadal trwa, dlatego też wpisuję jedynie wpis testowy mający stanowić przedłużenie egzystencji bloga. Pozdrawiam :) skomentuj (1) 2007-02-26 10:12:52 >> ---------przerwa techniczna------------ _Szanowni Państwo! Z bólem serca pragnę donieść o koniecznej przerwie technicznej - czyli, jak łatwo się domyślić - przerwie we wpisach. Wywołana jest ona koniecznością ukończenia książki, która - jak mam nadzieję - ukończona (i zredagowana) zostanie w przeciągu dwóch, trzech miesięcy. Jeżeli będzie to możliwe, wpisy będą być może w tym czasie powstawać - nie mogę dać jednak na to gwarancji. W takim wypadku pojawią się tylko wpisy wtrętowe, aby blog - z racji swej miesięcznej nieaktywności - nie został automatycznie wykasowany. O ukończeniu powieści rzecz jasna poinformuję. Serdecznie pozdrawiam i bardzo dziękuję wszystkim, którzy zechcieli zerknąć na ów skromny blog. Neuron skomentuj (2) 2007-01-03 13:15:16 >> pajęczy syndrom Twarz Eweliny F. jest o tyle ciekawa, że wyraźnie zaznacza się na niej plastikowość. Rysy są regularne, linia ust przypomina wyciętą z dokładnością do nanomilimetra szparę. Gdyby zbliżyć usta do jej ust i wsunąć lekko język w jej otwór gębowy nastąpiłaby standardowa wymiana płynów, świadcząca o głębokim zaangażowaniu intymnym. Gerard prze chwilę rozważa tę opcję i związane z nią konsekwencje by zaraz upić kolejny łyk drinka. Lód cicho grzechocze w niebieskiej szklance. Rytuał picia jest dobry – daje czas do namysłu i konieczną pauzę. Ile musiała się napracować! Dostępne na rynku kosmetyki korekcyjne umożliwiają nie tylko ukrycie niedoskonałości czy przebarwień skóry ale i pomagają zachować jej młodzieńczy wigor. Oszukują czas zalepiając bruzdy zmarszczek czy napełniają otwarte pory leczniczymi substancjami. W ten sposób na twarzy wytwarza się pseudonaturalna maska, zabiezpieczona podkładem i umalowana barwami świadczącymi o zdrowiu danego osobnika. Malowanie fizjonomii to coś, co Gerard szanuje i docenia – w końcu sam zadaje sobie sporo wysiłku by ukryć swą prawdziwą tożsamość, Wypełnić czymś osobowość w celu nie wzbudzania niepotrzebnych podejrzeń. Oczywiście, najlepszym rozwiązaniem byłoby zostać niechlujnym i nieciekawym szaraczkiem. Nieistotnym, nieapetycznym. Ale na to nie pozwala uczucie dyskomfortu. Gerard musi wyglądać dobrze, jego ciało musi zachować czystość. Wbrew pozorom zwiększa to poczucie bezpieczeństwa – przynajmniej jeśli chodzi o pracę w Molochu – choć naraża na drobne dyskomforty. I teraz jest jeden z nich. - Jesteś małomówny – ocenia Ewelina F. patrząc na Gerarda przez blat okrągłego stolika. Nie dojadła swojego posiłku co jest dość złym sygnałem. Jeśli nie jada w trakcie spotkania, to uważa je za randkę. Gerard uśmiecha się życzliwie i na poły niewinnie. Nie licząc twarzy, Ewelina F. odstawiła się dość atrakcyjnie dla typowego samca. Bluzka odsłania podwyższone ukrytym stanikiem, niewielkie piersi. Oczywiście pachy są ogolone, ale to już europejski standard. Z ciała dochodzi zapach delikatnych perfum. Co jakiś czas, dziewczyna poprawia włosy co jest kolejnym niepokojącym sygnałem. Jej źrenice są powiększone, mruga powiekami o długich, czarnych rzęsach. Teren jest grząski, dyskomfort narasta. - Chyba rzeczywiście – przyznaje Gerard. Z dostępnych kombinacji logicznych potwierdzenie wydaje się być najbardziej bezpieczne. Teraz czas na skromne zerknięcie na palce, opuszczenie wzroku sugerujące nieśmiałość. Kobiety wolą raczej śmiałych, pewnych siebie mężczyzn. Ale chyba Ewelina F. nie należy do tego rodzaju kobiet na nieszczęście Gerarda. ZŁA TAKTYKA – w jego chłodnych mózgowych zwojach zapalają się czerwone diody. Już za późno, by ją zmienić. Stosunek wydaje się nieunikniony, pierwsza ocena błędna. Po karku Gerarda spływa leniwa kropla potu, koszula – choć rozpięta i bez krawata (to przecież barowy piątek) zaczyna dyskomfortowo uwierać. Może zwymiotować? Spektakularne i zniechęcające ale doprowadzi do poważniejszych konsekwencji w pracy – plotki, współczujące spojrzenia, żarty, poczucie integracji... - Powiedz jej o dziewczynie – Czarna Księżna tkwi tu może od jakiegoś czasu, nachyla się ze źle skrywanym zadowoleniem nad Eweliną F. Szczupłą dłonią w czarnej rękawiczce dotyka jej nienagannie ułożonych włosów. – Nie jesteś gotowy. Minęło niewiele czasu. - Nie jestem chyba gotowy... – zaczyna Gerard. – Minęło niewiele czasu od mojego ostatniego związku. Zdaję sobie sprawę – kontynuuje szybko ku aprobacie Księżnej – że nasze spotkanie trudno nazwać randką, ale po prostu nie mogę się do końca otrząsnąć. - Co się stało? – zaciekawienie Eweliny F. bierze rzecz jasna górę nad źle skrywanym żalem. Księżna kręci palcem w formie małego kółeczka. Nawijaj, nawijaj skarbie. - Cóż... po prostu rozstaliśmy się. Nie pasowaliśmy do siebie – Gerard zaczyna czuć się lepiej, dyskomfort z wolna ustępuje. – Różnica charakterów, ale u mnie zawsze długo trwało wychodzenie z takich rzeczy na prostą – chłodno wściekły i wciąż lekko i wstydliwie uśmiechnięty zauważa, że Ewelina F. dotyka jego dłoni. Etap pocieszycielki. A było już tak dobrze. - Rozumiem... sama jestem po czymś takim – rozpoczyna i zaczyna snuć opowieść o niewiernym Tomaszu a może Błażeju. Minuty rozciągają się a Gerard powoli zabiera dłoń chwytając szklankę. Drink to świetny pretekst do zerwania intymnego połączenia. - Nie jest taka zła – zauważa Czarna Księżna siadając obok nich na krześle wyciągniętym z próżni. – Może byłaby lepsza, niż te dziwki na które czasami chodzisz. - Koszta byłyby niewspółmierne – odpowiada jej półgębkiem co Ewelina F. natychmiast wyłapuje i wypada z monologowego transu. - Mówiłeś coś? - Koszta takiego związku zawsze są niewspółmierne do czasów, gdy było w miarę OK – zauważa Gerard. Ewelina F. przełyka wyjaśnienie. W tle huczy nastawiony na relacje z kolejnej wojny telewizor, pociski ziemia-ziemia rozrywają na krwiste kawałki żołnierskie mięso. Odległe echo wybuchów, stonowany głos spikera. W przerwach półciszy zaczyna się spokojna rozmowa o niczym, tania filozofia związkowa i tematy pracowe które Gerard ma już na tyle dobrze opanowane, że rozluźnia się i stepuje wygodnie po bezpiecznym terenie. +++ Zamknięte osiedle Gerarda, zaprojektowane w komputerze architekta po ostatni pixel oparte jest na idei jedności i braku indywidualizmu. Przypomina amerykański sen o białym domku z zielonym placykiem i skąpaną w słonecznym świetle, asfaltową drogą na której szczęśliwe dzieci śmigają na wrotkach. Na każdym z zadbanych trawników tkwi samowłączający się zraszacz, okna w domkach są lśniące i przezroczyste, czyste – jak z reklamy. Osiedle spoczywa w cieniu blokowych, industrialnych struktur najeżonych antenami massmediów. Reklamowane kilka lat temu jako OAZA SPOKOJU jest istotnie taką spokojną przystanią. Gerarda nigdy nie byłoby stać na zamieszkanie w 100 metrowym, dwupoziomiowym domku gdyby nie kredyt na korzystnych warunkach dla pracownika Molochu. Kredyt rozłożony na maksymalną liczbę rat – 35 lat odcinania z pensji konkretnej kwoty. Gdyby nawet plan spłaty rozwalił się pewnego dnia z powodu utraty pracy to, nie licząc ubezpieczenia, – Gerard co najwyżej straciłby domek i przeniósł się do niewielkiego, blokowego mieszkanka własnościowego otrzymanego drogą spadku, a teraz wynajmowanego w celu obniżki rachunków. Nie licząc wścibskiej sąsiadki z naprzeciwka, madame Lucy – jak w myślach nazywa ją Gerard – podglądającej go i wszystkich w okolicy przez miniaturową, teatralną lornetkę nikt nie interesuje się specjalnie Gerardem. Gdyby madame Lucy dostała się jednak do jego domu, spotkałby ją prawdziwy szok – nawet tak stara podglądaczka doceniłaby fachowość prawdziwego mistrza. Część rzeczy jest nadal nierozpakowana, lecz główny salon otoczony jest zewsząd komputerowym sprzętem – zamieniony w przedłużenie biura. Tu odbywa się prawdziwa inwigilacja i sortowanie materiałów. To tu trwa korekcyjne sito. Gerard tkwi w pajęczynie informacji jak tłusty pająk owinięty bezpiecznym kokonem, mrugający soczewkowatymi oczkami na wszystkie strony. Zbiera każde dane pieczołowicie, nasyca się nimi, usuwa uczucie dyskomfortu. Panuje nad sytuacją. Jego sieć rozrasta się coraz bardziej i coraz bardziej komplikuje. Ale to nie przeszkadza. Dane, wypalane na pojemnych płytach poddane są wcześniejszej obróbce wyłapując słowa-klucze, takie jak wszystkie odmiany słowa „Gerard”, „pieniądze”, „szef” i tysiące innych. Ale równie ważna jest lista domów osiedla, którą Gerard wprowadził na samym początku swej działalności. Obiekt Z. znów tłucze żonę – Agata, drobna czarnowłosa dziewczyna upada na kuchenną podłogę – dostaje już histerycznych spazmów. Z. nachyla się nad nią by z zapijaczonych ust wypluć stertę przekleństw. Grubą, małpią ręką zgarnia ze stołu naczynia, upadające i tłukące się z łoskotem przepuszczonym przez korygujące dźwięk filtry. Część ląduje na maltretowanej, która w obronnym odruchu zakrywa głowę. Nie czekając na rytuał kopania, Gerard włącza zabezpieczony telefon wyposażony w zmieniacz głosu – cudeńko sprowadzone przez ebay. Relacjonując policji hałasy z domu obiektu, udaje wystraszoną kobietę – oczywiście madame Lucy podając jej dane adresowe. To ryzykowne i w sumie nieopłacalne, ale poziom zmaltretowania osiągnął stan krytyczny. Gdyby tego nie zgłosił, mogłoby dojść do morderstwa – a co za tym idzie – przesłuchań sąsiadów. Na myśl o policji w swojej samotni Gerard odczuwa chłodny dreszcz dyskomfortu, który po chwili gaśnie – jak wypalona gwiazda. Czeka więc. Patrzy. Wciąż czeka na swoją szansę. skomentuj (2) 2006-12-06 13:43:05 >> elementy świąteczne Święta wciskają się przez ramy plastikowych okien biura jak hałaśliwy, celofanowy wyrób epoki supermarketów. Gerard patrzy się z niesmakiem na porozstawiane na klawiaturach szkaradne, czekoladopodobne mikołaje. W zeszłym roku zjadł dwa i przez dwadzieścia minut cierpiał na niekomfortową niestrawność wydalając sztuczną czekoladę w otchłań porcelanowego kibla. Nie ma śniegu. Szósty grudnia spowija rozbełtane ciepełko, przez umyte mister musclem szyby pada zmętniałe światło. Gerard siedzi w samotni piętra Trzeciego. Dzisiejszego dnia czuje się szczególnie zaniepokojony ludzkimi, niezrozumiałymi dla niego rytuałami. Z korytarza dobiegają denerwujące śmiechy i cmokania w nabrzmiałe od klimatyzacji policzki obdarowanych. Niczym wykonawcza, królewska władza zakamarkami biurowej świątyni przechadza się szefostwo rozdając czekoladopodobne prezenty. Nawet nie wytarty kurz skrzy się jak brokat. Podryguje w momencie pukania do drzwi. Do samotni zapuszcza sondę jedna z kurzych, przerażonych sekretarek. Gerard uśmiecha się do niej życzliwie znad prostokątnego ekranu laptopa. - Pan Gerard? – piszczy wychudzony nibykobieton. Uczucie dyskomfortu pogłębia się wraz z opalizującą na twarzy sekretarki warstwą pudru. Tylko czarny pieprzyk wygląda jak punktowy wystrzał naturalności. Gerard uśmiecha się szerzej kiwając zachęcająco głową. Pod metalową, chłodną czaszką czuje jedynie pustkę przerywaną elektrycznymi impulsami neuronów. - Dostał pan mikołaja? – gdacze sekretarka. Stojąca w kącie samotni Czarna Księżna uśmiecha się pod czarną woalką. Gerard nie patrzy w jej stronę, skupia wzrok na nieprzewidzianym gościu. Widzi jednak jak sekretarski uniform pokrywa się roztrzepanymi piórami wychudłej kury. Sekretarka stąpa w jego kierunku na kurzych łapach wystających spod szarej, opiętej na suchej dupce sukienki. - Tak, bardzo dziękuję. A cóż to za Mikołaj mi go przyniósł? – zagaduje Gerard karząc w myślach Księżną za jej kolejny wyczyn. Decyduje się na rozbawiony, pełen przychylności ton. - Aaa to nie wiem! – cieszy się sekretarka. Jej usta coraz bardziej wyglądają jak kurzy dziób, oczy patrzą po ptasiemu – na boki. Dyskomfort nasila się zauważalnie. „PRZESTAŃ” – nakazuje Gerard, ale Księżna zbyt dobrze się bawi. Jeszcze moment a głos sekretarki zamieni się w pełne przejęcia gdakanie. - Ja chyba wiem, co to za Mikołaj... Proszę mu podziękować koniecznie, że jest taki kochany i daje takie smakowitości – decyduje się zakończyć całą farsę. Jest tak, jak się słusznie domyślał – sekretarka wytrzeszcza oczy. - Ko ko ko ko! Kokoko koko! – gdacze z wyraźnym zadowoleniem, stroszy pióra. W końcu kuca i na oczach zniesmaczonego Gerarda znosi czekoladowe jajo. Nie pozostaje nic więcej, jak się uśmiechnąć. Uspokojona kura przekonana o spełnieniu misji wydostaje się z samotni podrygując na cienkich, szczudłowatych nogach. Cisza trwa. Gerard nie czeka już dłużej – podnosi celofanowego mikołajka i rzuca go w ciemną sylwetkę. Ale Księżnej już nie ma. Ulotniła się jak zwykle – w najbardziej odpowiednim momencie. +++ Korytarze biurowego molochu przypominają niekończący się labirynt w którym zawsze trafia się w to samo miejsce. Być może tkwiące tam ludzkie egzemplarze stanowią tylko wystrój całości, być może to jakiś eksperyment, zwykłe ZOO obwarowane drzwiami do kwadratowych przestrzeni i portalami wind. Być może to piekło pełne papierowych demonów. A może to rzeczywistość pełna zapomnianych śmieci i pozbawiona śmieciarza. Gerard uruchamia kamery sieciowe oglądając kwadraciki ekranów na lcd notebooka. Poglądowy system nie jest doskonały ale nie ma to znaczenia. Całość materiału zgrywana jest na dyski twarde ulokowane bezpiecznie w Gerardowym Dworzyszczu, Gerardowej Wieży. Niekiedy ich obróbka zajmuje całą noc choć zaimplantowany system ma za zadanie wyszukiwać określone komendy słowne i na ich podstawie robić wstępny przesiew. W innym wypadku pozostaje symultaniczne podglądactwo. Gruby, tłusty Emem w pośpiechu pędzi w kierunku biurowej łazienki. Jego spocona sylweta opakowana w obszerny garniak przemyka z jednego kwadratu lcd do drugiego. Przybliżając obraz możnaby było zapewne dojrzeć krople w kształcie łzy na jego buldogowatej twarzy. Może to impuls, dziwaczne polecenie z kory mózgowej – Gerard naciska szybko kombinację klawiszy i touchpadem wybiera kamerę numer trzydzieści. Emem siedzi na zamkniętej pokrywie sedesu. Dyszy po ciężkim biegu. Grzebie w zakamarkach garniaka w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu. W końcu wyjmuje niewielki kwadracik zdjęcia. Z tej odległości nie sposób dojrzeć, kogo ono przedstawia. Widać jednak dużo więcej. Emem dyszy wpatrując się w fotografię i rozpina spodnie. Gerard obserwuje z biologicznym zaciekawieniem badacza. Tknięty impulsem numer dwa, podwyższa czułość mikrofonu kosztem innych systemów monitorujących. - Dlaczego... dlaczego... – jęczy Emem. Tłustą dłonią głaszcze się po skrytym pod bielizną kroczu i wytrzeszcza rybie oczy. – Nie widzisz. Och, dlaczego... dlaczego... ja... proszę, proszę... To zapewne wyznanie jakiegoś tłustego, potliwego uczucia. Fotografia będzie musiała być sprawdzona – informacja wydaje się być cenna. Gerard traci zainteresowanie i przełącza się pomiędzy innymi ujęciami piętra Pierwszego i Czwartego. Sylwetki na monitorach zażerają się podarunkami wyszarpanymi z celofanu. Patrząc na skurcze ich szczęk i robaczą, zagadkową żywiołowość Gerard naciska w końcu klawisz escape. Życie znika z laptopa pozostawiając po sobie stateczną, uporządkowaną przestrzeń. skomentuj (1) 2006-11-16 11:21:20 >> kawa - Zawał zbliża się przez właśnie to kłucie w piersiach. - A kiedy się myjesz, to nie schylaj głowy do wanny. Moja bratowa tak dostała wylewu. - Najgorsze są szumy w głowie. - To krew tak szumi. A potem wylew właśnie. - Będzie robiona gastroskopia. Ale powiedzieli, że anastezjologa nie będzie. - Wsadzają taką rurę do jelit. - W każdym razie jeśli zawał, to przedtem można dostać rozwolnienia. To jeden z sygnałów. I bólu brzucha. - Mój Boże. Gerard nasłuchuje rozbitych dźwięków rozmowy stojąc przy firmowym automacie z kawą - codziennym miejscu spotkań japońsko zboxowanego Czwartego piętra. Kuchnia jest w miarę przestronna, pod ścianą dumnie prężą się baniaki z czystą, zimną wodą do rezerwuarów. Kiwa ze zrozumieniem głową, przybierając na elastycznej twarzy maskę wyważonego uśmiechu. Wiele razy ćwiczył mimikę przed lustrem usiłując utrafić w fizjonomię pełną zrozumienia ale i lekkiego zatroskania. Najważniejsze, to wyrobić wrażenie w słuchaczu, że jest się szczerze zainteresowanym jego wypowiedziami, choćby były kompletnie bzdurne. Oczywiście, wszystko należy odpowiednio wypośrodkować. Jeśli zainteresowanie będzie zbyt żywe, określony osobnik może się nie odczepić i przekroczyć granicę typowej upierdliwości - vide Emem, uważający w swej naiwności Gerarda za najlepszego biurowo-firmowego przyjaciela. Tym razem go nie ma - nie ma też ciągłych informacji o jego prymitywnym potomku. Kuchnia zdominowana jest przez sektor 54 - fragment boksowni zarezerwowany dla starych, emerytowanych bab zatrudnianych w biurze do sekretarskich korekt. Stały temat poświęcony chorobom wraca wśród nich jak bumerang na przemian z kłopotami najróżniejszego szczebla i stałymi powrotami w zagadnienia komunikacji miejskiej i pogody. Gerard całkiem na poważnie rozważał zrezygnowanie z okablowania 54-ki. Wysłuchiwanie wciąż tych samych pierduł było na pewno męczące. Ale dyskomfort domaga się pełnej kontroli i jest bez znaczenia którego elementu kontrola ma dotyczyć. Gerard wzdycha do siebie, co natychmiast jest zauważone i zakonotowane przez menopauzalne grono. - O, a jak pan Gerard wzdycha! - No bo jak tego słucham - odzywa się automatycznie, przyjmując minę numer 48 charakteryzującą się lekkim zafascynowaniem nad głębią życia - to zastanawiam się, jak ze mną będzie... - (czas na lekkie zasygnalizowanie niewinnej naiwności. Menopauzy są - jak już wcześniej zakonotował - niezwykle wyczulone na męską bezradność i nieświadomość późniejszego , tak zwanego życia). - Aa o czym pan mowi, panie Gerardzie! - Jest pan jeszcze młody, czym pan się przejmuje! - Panie Gerardzie - odzywa się wiodąca prym w rozmowie, pani Barbara z sektora księgowego - kiedy pan będzie miał już tyle lat co my, to wtedy pan zrozumie, że jak się pan obudzi i nic pana nie będzie bolało to że jest pan już w lepszym świecie. - Haha, niech pani tak nie przesadza z tym wiekiem - Gerard czujnie uznaje, że najwyższy czas na stonowany komplement. Kręci głową z niedowierzającym, wspaniale wyćwiczonym uśmiechem i wpatruje się w - o dziwo cichy - przezroczysty młynek do mielenia kawy. Ziarenka podskakują w nim niczym w zwolnionym tempie, ulegając bezlitosnym ostrzom. Mechanizm parzenia kawy ma w sobie coś z rytuału, jest fascynujący. Gdyby nie było dookoła tych wszystkich starych bab, mógłby w pełni zatopić się w cały proces tworzenia parującego napitku. Proste procesy, takie jak golenie, robienie kawy, zakładanie ubrań czy nawet golenie uspokajają Gerarda - (choć nie odczuwa on z reguły żadnych emocji, nie licząc nakazującego mu działać w określony sposób, dyskomfortu). Gdyby przykładowo wiedział, że nie zostanie za to ukarany o wiele większym dyskomfortem w postaci osadzenia w niewygodnej celi, przykładowe wbicie w czoło widelca pani Barbarze nie stanowiłoby dla niego żadnego problemu. Jego puls - nie licząc wysiłku fizycznego związanego z przebiciem topornej czaszki - nie podskoczyłby nawet odrobinę w trakcie tej operacji. Morderstwo jest wszakże nieopłacalne i pociąga za sobą poważne, dyskomfortowe konsekwencje. - A mnie kości bolą. Bolą mnie kości tragicznie. - Nie mogłam wstać dziś wogóle. Nie mam już na to wszystko siły. Czas na zalanie kawy. Gerard pozwala sobie na chwilę odpoczynku. Ma już ze sobą swój szary, głęboki kubek który podkłada pod czarny, firmowy ekspress. Zapach roznosi się po całej kuchni. To fizyczna przyjemność, którą rozumie, choć zapewne w ograniczonym stopniu nie dodając do niej żadnej ideologii, mogącej wynieść ją na duchowe wyżyny krzykliwie propagowane prze ztelewizyjne reklamy. Gdy ekspress pika, Gerard zabiera kubek, wrzucając do środka jedną, brązową kosteczkę cukru z trzciny. Nieformemny kryształ topi się w czarnej masie, groźnym blobie ze starego horroru. Teraz czas na łyżeczkę. Mieszka płyn powoli, w lewą stronę - choć podręczniki zalecają mieszanie w prawo - uważając, by nie stuknąć w powierzchnię kubka. Etykieta jest tym, co Gerard świetnie pojmuje. To jeszcze jeden z rytuałów, takich jak wzajemna rozmowa, okazanie troskliwości, gniewu czy zadowolenia, jak konieczność założenia na siebie ubioru czy zasady ruchu drogowego. Gerard - jeśli już o tym mowa - posiada samochód, choć lubi korzystać z komunikacji miejskiej, gdzie może obserwować ludzi bez większych przeszkód. Ich twarze w trakcie jazdy nie wyrażają niczego - stosunkowo częsty stan. To właśnie wtedy i Gerard może przyjąć obojętną, pustą maskę trwania, gdyż nikt niczego nie zauważa, i odpocząć. Życie pokarało Gerarda przystojną twarzą. Gdyby nie był przystojny, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. A tak - co zwiększa jedynie dyskomfort - Gerard wzbudza zainteresowanie kobiet. Co gorsza, trafia się i zainteresowanie pedałów o czym była już zresztą mowa. Z gejami problem polega na tym, że nie krępują się tak bardzo jak kobiety przed próbami nawiązania kontaktu. Płeć piękna jest przygotowana przez narzucone jej role społeczne, że samiec będzie się o nią starać, że będzie o nią zabiegać. To znacznie ułatwia sprawę - można po prostu nie starać się wogóle, chyba, że trafi się na jednostkę zdeterminowaną lub poddaną feministycznej reedukacji. Geje to sprawa znacznie gorsza. Był moment, gdy Gerard wpadł na świetny pomysł - zakupił w sklepie obrączkę. Szybko zdał sobie jednak sprawę z faktu, że obrączka musiałaby być jakoś wytłumaczona w pracy - co pociągnęłoby za sobą konieczność wynajęcia kogoś w charakterze żony. Rytuały godowe są niezwykle męczące. Nie należy na przykład dla świętego spokoju umawiać się z kimkolwiek z pracy. Gerard nie zamierza jednak rezygnować z chodzenia do barów - a tam najłatwiej natrafić na kolejne godowe tańce - a wizyty te są mu potrzebne do zbierania danych na temat ludzkich zachowań. Co do obrączki - odłożył ją w kościele na tacę - łatwo zniknęła wśród leżących w trakcie zbierania monet. Sam kościół był jeszcze jednym polem ćwiczebnym: do religii Gerard ma stosunek ambiwalentny, leży ona w sferze jego zainteresowań dzielonej z grą w golfa czy wycieczkami turystyczno-krajoznawczymi - to kolejny sposób na spędzanie wolnego czasu. Bierze ze sobą kawę i wraca do swojej przegródki, zająć się kolejnymi analizami. Procent pracy musi był wykonany - pociąga to za sobą plus w postaci efektu stagnacyjnego bezpieczeństwa. *** Siedząc za zaśmieconym drobiazgami biurkiem, Gerard poddaje się słodkim elementom stopklatkowego spowolnienia. Spowolnienia są tym bardziej cenne, że stanowią element stały. Gdyby określić je dodatkowym mianem, pasowałoby chyba określenie "obserwacja sytuacyjna". Podobnie jak podczas oglądania wirująych ziarenek kawy, tak i teraz rzeczywistość, której Gerard doświadcza rozkosznie się spowalnia i rozbija na czynniki pierwsze. Stukając w klawisze klawiatury komputera Gerard widzi bowiem swoje rozbiegane na przyciskach literowych palce w zwolnionym tempie. Nie przeszkadza mu to zerkać na boki, ponad monitor CRT i na korytarzyki pomiędzy boxownią piętra Czwartego. Gdy na linoleum korytarzyka przechodzi osobnik ludzkiego gatunku, Gerard obserwuje go z wystudiowanym spokojem - ciało konotowanego obiektu porusza się niby pod gęstą wodą, jak na urokliwym teledysku. Gerard rozkłada poszczególne kroki i grymasy fizjonomii na elementy składowe, konieczne do analizy. Komputerowy umysł segreguje je i podaje najlepsze rozwiązania zachowań czy replik w wypadku ewentualnego nawiązania kontaktu. I tak cały Boży dzionek: analiza, analiza, analiza. Być może dla kogoś innego byłoby to męczące - ale nie dla Gerarda. Nie patrzy na swoje obiekty z pogardą czy zniechęceniem. Interesują go, ciekawią. Oto kolejny przykład. - Gerard? - Tak? - unosi głowę znad biurka. Nad jego boxem nachyla się Ewelina F. Młoda, zgrabna, zadbana - aktywna, obcisły uniform pracowy opina szczupłą sylwetkę. Uniform jest szary i gdyby Gerard przykładał wagę do tego typu spraw, z pewnością zaliczyłby to jej na plus. W jednym z podręczników, które przeczytał przed staraniem się o pracę ktoś napisał, że szary ubiór wzmaga zaufanie u osób postronnych. Decyduje się szybko na ledwo zasygnalizowany uśmiech powitający i lekkie uniesienie brwi, świadczące o wykazaniu zainteresowania. Ewelina F. jest na całe szczęście zajęta i nie wykazuje zainteresowania seksualnego. Nie nachyla się po to, by pokazać wystające z uniformu wzgórki małych, biurowych piersi, nie trzepocze rzęsami i nie wykonuje żadnych z dziwacznych dla Gerarda gestów. - Masz chwilę czasu? - Dla ciebie zawsze - odpowiada, zabarwiając głos delikatnym tonem uśmiechu. Lekko przekrzywia głowę, jak pies co dodatkowo wzmaga wrażenie zainteresowania. Ewelina F. wygląda dla niego jak człowiecza plama, ciekawa istota o aparycji ponad półtorametrowego insekta. Na przykład jej usta kojarzą się ewidentnie z owadzimi żuwaczkami. Gdyby ruszały się bardzo szybko nie wyglądałyby tak groteskowo, myśli. Z drugiej strony - co to wogóle znaczy "groteskowo". Może on zachowuje się groteskowo, nie zdając sobie z tego sprawy? Uczucie dyskomfortu dotyka lekko jego pleców, narasta potrzeba ujrzenia się w lustrze i przećwiczenia kolejnych, ludzkich gestów. - Chyba nie działa mi komputer. Nacisnęłam coś w Wordzie i wszystko siadło. Zaznaczyłam na czarno a potem znikł cały tekst. - Cofałaś zmiany? Robiłaś control i zet? - Nie... chyba nie... - dziewczyna unosi brwi. To musi oznaczać bezradność, prawie na pewno bezradność. W głowie Gerarda pojawia się kilka możliwości tekstowych. 1. Czekaj, zobaczymy - plus pójście z Eweliną F. do jej sprzętu. 2. To znaczy? - dzięki temu zdobędzie więcej informacji i łatwiej podejmie decyzję. 3. Musisz nacisnąć control i później zet. Zmiana wtedy się cofnie i zobaczysz tekst z powrotem - opcja niesłuszna, jeśli Ewelina F. jest istotnie zmartwiona i nie wie, co robić. - To znaczy? - ryzykuje. Ewelina F. wzrusza ramionami - gest prawie prosty do identyfikacji. Gerard szybko rzuca wypowiedź numer jeden i wstaje zza zawalonego biurka. Przechodzą z Eweliną F. do jej boksu. Dziewczyna, o zgrozo, zaczyna kręcić pupą. Z wewnętrznym westchnieniem Gerard zerka na jej pośladki świadomy, że owe zerknięcie powinno zostać pozytywnie odebrane - ergo: wzmocni jego pozycję na piętrze Czwartym, likwidując ewentualne zagrożenie dyskomfortem. - O tutaj - pokazuje Ewelina F. Siada więc przy jej lepszym od jego monitorze LCD. Problem jest banalny i szybko daje sobie z nim radę. Ewelina F. nachyla się od jego lewej strony, by lepiej zobaczyć co robi. Piersiami dotyka lewego ramienia Gerarda i chucha mu w policzek gorącym, oddechem. Ciepłota jej ciała jest przyjemna - może powinien kupić sobie wserek pod marynarkę? Mógłby wtedy utrzymać przyjemne, fizyczne ciepło przez większość czasu w biurze. Ile może kosztować taki sweter? - zastanawia się, podczas gdy Ewelina F. nachylając się bardziej ogrzewa nogą jego lewą nogę. I cieplejsze spodnie - stwierdza w myśli, zastanawiając się, czy nadmierny chłód pod biurkiem mógłby spowodować ryzyko zaziębienia a więc zwiększenie dyskomfortu. - Gotowe - oznajmia, udając zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Ewelina F. nachyla się jeszcze bardziej mówiąc: "ojej dzięki, teraz muszę zaprosić cię na kawę... bez ciebie bym sobie nie poradziła" - co jest dość niewygodne, gdyż naciska teraz ciałem nie tylko na jego bok ale i na głowę. Decyduje się udać, że nie zauważył niewygody i próbuje się lekko unieść. Ewelina F. cofa się teraz do tyłu a Gerard wstaje z krzesła i uruchamia mechaniczną wypowiedź w połączeniu z kolejnym uśmiechem: - Nic takiego. Po prostu pamiętaj o ctrl plus z. - Czyli co z tą kawą? - pyta Ewelina F. przełykając ślinę. Musi mieć chyba naprawdę ochotę na kawę - myśli Gerard i uśmiecha się ponownie kiwając lekko głową. Może on sam zrobi sobie słabą - organizm nie wykazuje potrzeby mocniejszej kofeiny. Konotuje w myśli by - gdy uruchomi już inwigilacyjny sprzęt - przyjrzeć się dokładniej Ewelinie F. Sprawdzi, jaką kawę dziewczyna kupuje i poczęstuje ją kiedyś taką samą. Może uruchomi to u niej reakcję wdzięcznościową i zrobi coś kiedyś dla niego w biurze łatwiej ulegając ewentualnej prośbie o fachową pomoc, co znacznie, choć czasowo, może wpłynąć na komfort Gerarda. - Kiedy tylko masz chęć - oznajmia Gerard i usiłuje się wycofać, ale Ewelina F. zablokowała go w swoim boksie. Kiedyś miał pomysł, by w takich sytuacjach uruchamiać komórkę. Wystarczyłby jakiś zdalny pilot, którym mógłby sam do siebie zadzwonić. W niepewnych sprawach takich jak ta, udawałby że odbiera, po czym - po wykonaniu niezbędnego, przepraszającego gestu - zacząłby rozmawiać na przykład z ojcem, leżącym w sanatorium od kilku lat. Matka nie żyje od bardzo dawna. Co do ojca - Gerard regularnie go odwiedza - tak samo jak swojego lekarza psychiatrę - Roberta Umraita. - To może w piątek wieczorem? Jest taka fajna knajpka... masz trochę czasu? - pyta Ewelina F. Wygląda na zdenerwowaną o ile Gerard dobrze odczytuje sygnały: uciekające w bok spojrzenie, ponowne przełknięcie śliny. Czyli nie chodzi o to, że jest głodna - decyduje. I kawa w knajpie? Mniejsza o większość, piątek to i tak wieczór barowy - decyduje w myśli i okazuje niezbędny, choć nie narzucający się entuzjazm do pomysłu. To ją zdecydowanie odpręża. Obiecuje, że zadzwoni a Gerard wydostaje się wreszcie z jej boxu. Idzie w kierunku swojej mikrosamotni. Dyskomfort jest bardzo lekki, choć nieco niepokojący. Cokolwiek to znaczy. skomentuj (3) |
|
|||||||